MOJE STAWKI. FRAGMENT WSPOMNIEŃ

"Willa Berta" miejsce zamieszkania autora

 

W Toruniu była większa niż w Grudziądzu nadzieja otrzymania pracy. Ojciec chwycił się tej szansy i latem 1938 roku, gdy miałem 8 lat, przeprowadziliśmy się, piątka dzieci i rodzice do rozbudowującego się dynamicznie w skali kraju Torunia, zarządzanego dynamicznie nawet w latach głębokiego światowego kryzysu, przez prezydenta Antoniego Bolta (1891-1940). Zamieszkaliśmy na Stawkach w tzw. Willi Bercie, przy ówczesnej ul.Radialnej 105 (po wojnie też nr 26, a potem Kniaziewicza 24), gdzie było pięć mieszkań lokatorskich. Budynek z pruskiego muru, należał do Niemca Bernera, właściciela domu (też z pruskiego muru) i sklepu kolonialnego na początku ul.Poznańskiej. Prowadził go zięć Bernera – też Niemiec, Lange i tam robiliśmy zakupy. Ubikacje, „po naszymu srocze" - jak w całej nie skanalizowanej dzielnicy, były het, na podwórku, słusznie więc nazywano je dawniej „wychodkami". Mieszkanie składało się z trzech pokojów i kuchni, z tym, że jeden piec kaflowy ogrzewał dwa pokoje. Były w nich ręczne pompy do wody (także na piętrze) i zlewy, ze ściekami do wspólnego dla całego domu szamba. Pompa w mieszkaniu była atrakcją dla moich późniejszych kolegów gimnazjalnych i uniwersyteckich. Czynsz wynosił 35 zł miesięcznie.

 

Budynek przy ul.Kniaziewicza 26 przynależny do zespołu mieszkalnego

 

Ojciec pracy nie otrzymał. Dorywczo pracował np. u furmana, który rozwoził węgiel; wnosił go do piwnic, za co otrzymywał pare groszy. Trzy siostry pracowały w centrum miasta jako ekspedientki. Zarabiały po około 30 zł i skrupulatnie oddawały swoje zarobki mamie. Posługiwałem się gwarą podwórkową, nasyconą germanizmami. W przynależnym do mieszkania „szajerku", (był na podwórku w pobliżu śmietnika i ubikacji) składowaliśmy opał i hodowaliśmy króliki. Było to jedyne, spożywane przez nas mięso, nie licząc sporadycznie kupowanej głowizny, czyli świńskiej głowy oraz stópek. Mama na święta robiła z nich „zylse", czyli nóżki w galarecie, którą wlewała do ceramicznych form do pieczenia babek. Piątka „głodomorów wlepiała w nie swoje „ślypia", ale nic z tego, każdy dostał tylko po kawałku, a jak sięgnął po następny, dostawał „ścirom w łeb". Ojciec „wyrychtował" beczki i kisiliśmy w nich kapustę. Matka szatkowała ją nożem, potem ojciec sam „zmajstrował hebel". Brat i ja udeptywaliśmy ją w dwóch beczkach, póki ojciec nie zrobił „ubijaka". Tata miał tak zwaną „złotą rączkę", wszystko potrafił zrobić, dzięki czemu ja też wielu „fachowych" rzeczy nauczyłem się.

Do mieszkania przynależał ogród i kawałek pola. Mieliśmy własne ziemniaki i warzywa (kapusta, kalafiory, marchew, fasola, groszek, pory, seler, pietruszka, sałata, jarmuż itp.). Wspomagało to nasz budżet domowy, ale było pracochłonne. Inni chłopcy grali w palanta „na łunkach" [na łąkach – przyp.OK], a my z bratem woziliśmy z pobliskiej Źródlanki [struga przepływająca przez dzielnicę – przyp.OK] w beczkach wodę (w pompie nie starczyło jej) i musieliśmy podlewać warzywa! Ponadto trzeba było narwać trawy dla królików (w pobliskich rowach, a czasami szło się „na skibę" na gospodarskie łąki). Nie było pieniędzy na opał, więc prawie całe lato woziliśmy wózkiem na dwóch kółkach od mojego dawnego wózeczka dziecięcego - tzw. chrust z lasów na pobliskim poligonie. Potem trzeba było porąbać to wszystko i „usztaplować" na zimę w szajerku oraz wzdłuż jego ścian zewnętrznych.

            Skąpo było z „przyodziwkiem" i z butami. Ubiory nosiły po starszej siostrze następne, potem mój brat, wreszcie po nim ja. Cóż to była za gehenna dla Gwidy, że musiał nosić rzeczy po dziewuchach, przerabiane przez mamę na portki, czy bluzy, lub „jupki" czyli kurtki, bowiem przerabiane  płaszcze stawały się coraz krótsze! Buty nie nadawały się do przeróbek. Były zdarte. Siostry codziennie chodziły pieszo przez most, tj. około 4 km - do pracy, w przerwie między 13 a 15 wracały na obiad i znów „galopem" do pracy, skąd wieczorem dopiero przychodziły do domu. Ale i na to była rada. Stawki - to była w zasadzie wieś. Wokół naszego domu były uprawne pola i łąki gospodarskie. Wiele starszych osób ze Stawek, czy Rudaku - nigdy nie było po prawej stronie Wisły, jak choćby sąsiadka, pani Manikowska, czy "babusia od Dynowskich". Do 1938 roku Podgórz był samodzielnym miasteczkiem. Stawki i Rudak przyłączono do miasta w 1936 r., a więc przed Podgórzem. Tu nie mówiło się, że idę do miasta, tylko: idę do Torunia. Jedyny po lewej stronie Wisły katolicki kościół św. Piotra i św. Pawła na Podgórzu, należał jeszcze w latach powojennych do diecezji gnieźnieńskiej, podczas gdy Toruń podlegał diecezji chełmińskiej z siedzibą w Pelplinie. Tak było aż do ustanowienia w 1992 diecezji toruńskiej. Dodajmy przy okazji, że w dwudziestoleciu międzywojennym działały w tej dzielnicy dwa kościoły ewangelickie: jeden na Podgórzu (zniszczony w czasie wojny) i drugi na Rudaku przy ul.Okólnej, po 1945 roku przekształcony w świątynię katolicką.

            Dzieciaki chodziły więc na Stawkach, jak na wsi, od wiosny do jesieni boso do szkoły, a jesienią i zimą - w „klumpach", lub w „korach". Były to nabite na drewno cholewki ze starych butów lub drewniaki, obite do połowy stopy skórą. Nie kupowaliśmy ich, ojciec robił je sam. Z konarów olchy (rosły w przydrożnych rowach) wycinał piłą, czyli po naszemu „żagą" i obrabiał strugiem (czyli „ohyblował heblem") spody drewniane, do których następnie „goździkami" z niebieskim łebkiem przybijał cholewki ze znoszonych butów lub kawałki skóry. Też się tego nauczyłem. Przy okazji dopowiem, że po „naszymu" – „żagować" znaczyło: piłować lub chrapać.

            Tak więc siostry pracowały, ojciec był bezrobotny, a brat i ja chodziliśmy w klumpach lub boso do szkoły. On chodził do ostatniej klasy podstawówki na Rudaku, a ja do drugiej klasy jej filii dla maluchów, która mieściła się przy polnej wtedy drodze, a dziś ulicy Łącznej [Łączna nr 74 – przyp.OK], tuż za ul.Okólną. Uczyła mnie pani Helena Grzesikowa; za niesprawne odpowiedzi tłukła długim liniałem nasze łapy, z reguły zabrudzone w drodze do szkoły. Atrament ojciec wyrabiał sam, z proszku, który rozpuszczał w litrowej butelce, skąd przelewaliśmy go do kałamarza. Stalówki mieliśmy najtańsze, choć niektórzy mieli droższe - niklowane, a Jędrusiakówna - córka rzeźnika ze sklepem i piętrowym murowanym domem przy ul. Łódzkiej, zwanej kiedyś Stawki Północ - jedyna w klasie posiadała wieczne pióro, wzbudzając powszechny podziw i zazdrość. Nie tylko dlatego, iż było drogie, nam niedostępne, ale zwłaszcza, że nie powodowało „kleksów", zmory w naszych zeszytach, za które pani Grzesikowa też waliła nasze łapy liniałem, bądź drewnianym piórnikiem.

 

Stara szkoła na Stawkach - budynek ok. 100-letni, ale szkoła w tym miejscu mieści się już od ponad 150 lat

 

            W zaspach śniegu w drodze do lub ze szkoły (a były one zimą czymś normalnym) czasami gubiliśmy klumpy i trzeba ich było szukać. Jedyną atrakcją na drodze do mojej szkółki była wiecznie rozlana „jałcha", czyli gnojówka przy zabudowaniach gospodarskich „wielkiego" Schmidta – Niemca [dziś po zabudowaniach pozostała tylko wielka obora przy ul.Łącznej – przyp.OK], najbogatszego na Stawkach rolnika (był jeszcze Schmidt biedniejszy, zwany dla odróżnienia „małym") [zabudowania już nie istnieją – przyp.OK].

 

Obora Schmidta przy ul.Łącznej

 

            Wszyscy na podwórku posługiwaliśmy się gwarą pomorską. Nikt z nas nie wiedział, że kaleczymy polską mowę. Wszyscy mówiliśmy: „ja żym był”, a nie ja byłem, „szlim zakietować szajerek", a nie szliśmy zamknąć komórkę; „nie moglim jechać szybko na rowerze, jak keta ciongle spaduje", czyli łańcuch spada z zębatek.

 

             Sąsiedztwo mieliśmy rozmaite. Wokół gospodarowali rolnicy - Niemcy, którzy posługiwali się w domu tylko językiem niemieckim. Tak było z wymienionymi już Schmidtami, ale też z nazywającym się po polsku, Rakowskim [obecnie ul.Łączna 46-50, zdjecie powyżej  – przyp. OK.]. Jego pola i łąki rozciągały się wzdłuż ul.Kniaziewicza, od poligonowych koszar, aż do Parku 1000-lecia, zwanego przed wojną Glazją, a przez nas „Glazejom". Przez płot z nami miał dwa domy Niemiec Baumann (jeden lokatorski, piętrowy z desek, drugi murowany, z mieszkaniem dla siebie na piętrze i z pomieszczeniami gospodarskimi oraz stajnią dla krowy na parterze). Ziemi miał niewiele: kawałek łąki i pola, ale miał sporą pasiekę, jedyną w okolicy. Pracował w warsztatach parowozowni na Kluczykach. Słabo mówił po polsku, był szorstki, w przeciwieństwie do jego żony, kobiety dobrotliwej, pogodnej i życzliwej, która znała tylko język niemiecki.

            Z naszym podwórkiem sąsiadowali państwo Rzeźnikowscy. Mieli piętrowy, otynkowany dom oraz parterowy z pruskiego muru, stodołę po części murowaną ze stajnią dla krowy i pomieszczeniami gospodarskimi oraz  kawałek pola i łąkę. Pan Rzeźnikowski pracował w warsztatach kolejowych. Wszyscy tu byli zapobiegliwi, pracowici i oszczędni. Kosztem wielu wyrzeczeń, zbudowali sobie piętrowe domki przy ulicy Błękitnej i Zielonej. Były to krótkie uliczki: od polnej drogi - dziś ul.Hallera - do niewidocznego już dziś  strumienia, który płynął od ul. Okólnej, przez łąki Schmidta oraz Rakowskiego, do tzw. Źródlanki. Strumień ten jeszcze po wojnie szeroko rozlewał się na łąki. Zimą rozlewisko zamarzało i było wielkim naturalnym lodowiskiem. To tutaj wyrastali znani zawodnicy toruńskiego hokeja: Rypiść, Kwaśniewski, Pollak i inni. Jeździliśmy saniami po ledwo przymarzniętym lodzie, który niekiedy zarywał się i fundował nam lodowatą kąpiel. Nic to. Po wysuszeniu rzeczy, znów zabierało się sanki oraz kije z wbitymi na końcach gwoździami z odciętymi główkami i odpychając się nimi - ślizgaliśmy się do kolejnej przygody. Również na łyżwach (nie wielu je miało) lub drutach założonych na spody klumpów.

            Także ulice Biała i Złota były krótkie: od ul. Hallera do Parku 1000-lecia. Przy Złotej stały wtedy bodaj dwa dość duże domy. Resztę stanowiły uprawne pola. Rakowski sprzedał kawałek swego pola pod budowę szkoły, w narożniku ulic: Kniaziewicza i Woyczyńskiego. Nim ją ukończono (już po wojnie), była dość niebezpiecznym obiektem dla naszych biegów po gzymsach i niewykończonych schodach (pod koniec okupacji była tu fabryka „świdrów", czyli wierteł). Miejsc niebezpiecznych zabaw było na Stawkach i na Rudaku, bardzo wiele. Należały do nich tereny licznych fortów i bunkrów. Nie wszystkie były pilnowane i użytkowane przez wojsko. Niektóre zajmowali ludzie wyrzuceni z mieszkań z powodu niepłacenia czynszu.   Brat miał kolegę, którego rodzice - państwo Gumińscy - posiadali malutkie gospodarstwo z piaszczystą ziemią [dziś już nie istnieje – przyp.OK], położone między Łączną, a laskiem  z bunkrami, tuż obok fortu XIII. Tam było używanie! Największą atrakcją były zjazdy po drucie ogrodzeniowym, grubości 5 mm. Jeden koniec przywiązano do drzewa na górce fortecznej [jeden ze schronów u wylotu ul.Puchacza – przyp.OK], a drugi do drzewa na dole. Zakładało się nań metalowe kółko z rowkiem, osadzone na odpowiednio powyginanym pręcie żelaznym, który stanowił uchwyt dla dłoni... Zjeżdżało się dość stromo w dół, ze sporą szybkością. Dla mnie, malucha, niebezpieczny był zwłaszcza koniec jazdy: trzeba było we właściwym momencie, uderzając stopami o drzewo, zamortyzować szybkość jazdy i zeskoczyć. Mimo zakazu brata - też zjeżdżałem, choć „miałem stracha" i okupiłem to sporymi potłuczeniami. Najbardziej bałem się, że zbiję okulary i wtedy dostanę lanie (razem z bratem) za groźne zabawy oraz dodatkowo, za straty materialne.

            Atrakcyjnym terenem zabaw były okolice fortu mostowego, okolonego z jednej strony murem z otworami strzelniczymi, doskonale widocznym od dworca, a z drugiej strony szeroką fosą i parkiem, sięgającym do ul. Kniaziewicza i gen. Woyczyńskiego. Fort ten zbudowano w 1824 roku dla obrony mostu, usytuowanego niegdyś po środku Starówki. Okalający fort park nazywaliśmy Glazją, a częściej Glazeją. Tych glazii, czyli obszarów zalesionych wokół fortyfikacji, było sporo w Toruniu. Wzdłuż fosy fortu mostowego, od strony dziś noszącego nazwę Parku 1000-lecia, są  wały strzeleckie. Były dla nas torami saneczkowymi. Najdłuższy był w pobliżu muru strzeleckiego, gdzie kończyła się fosa. Nie do wiary, ale wody fosy były wtedy jeszcze czyste, choć w wielu miejscach pokryte rzęsą (zgrabiałem ją do wiader i taskałem dla hodowanych przez mamę kaczek). Były w niej też ryby, zwłaszcza płotki. Razem z ojcem łowiliśmy je, były uzupełnieniem domowego jedzenia. Zimą fosa zamarzała. Płotki podpływały pod sam lód. Braliśmy z bratem z domu siekierę, obuchem waliło się w lód, aby rybę ogłuszyć, potem wyrąbywało się ostrzem siekiery dziurę i wyciągało rybę ręką . Zdarzało się, że przez nieuwagę, wpadliśmy jedną nogą do tego małego przerębla. Własnym ciepłem wysuszaliśmy nogawkę i gacie. Dziwne, nie chorowaliśmy, chociaż „smarki" (tak mówiliśmy) z nosów leciały nam całą zimę.

            Opisuję trochę osobliwości Stawek i Rudaku, bo autorzy przewodników i pamiętników na lewą stronę Wisły nie zaglądali, a jeżeli, to sporadycznie na Podgórz. Mało kto wie, że wzdłuż ulicy Kniaziewicza, od koszar i rampy kolejowej na Rudaku, aż do magazynów amunicyjnych na poligonie, jeździła kolejka wąskotorowa. Kursowała nieregularnie, w miarę potrzeb. Obsługa przeganiała nas, pilnowała, ale udawało nam się wskoczyć na jakiś schodek wagoniku i przejechać się kawałek. A w ogóle, to często chodziło się po torach wąskotorówki: było tam sucho, a żwirowa ul.Radialna, jak i powojenna ul.Kniaziewicza, długo jeszcze tonęła w kałużach, bo były tu liczne doły, rozjeżdżone przez wojskowe samochody i armaty jadące na poligonowe ćwiczenia.

            Z hukiem armat byliśmy oswojeni. Słychać go było w całym Toruniu. Przyzwyczailiśmy się też do przemarszów, z reguły z pieśnią na ustach, licznych oddziałów wojskowych. Słyszeliśmy śpiewane na apelach w pobliskich koszarach: Kiedy ranne wstają zorze i wieczorne: Wszystkie nasze dzienne sprawy. Matki pilnowały na Stawkach i Rudaku córek: bywało bowiem, że żołnierz odsłużył wojsko i wyjechał, a dziewucha z brzuchem zostawała. A przed wojną panna z dzieckiem miała nikłe szanse wyjścia za mąż. Jak i „latawice, co to latały" za żołnierzami. W moim domu mieszkało dziesięć dziewczyn w różnym wieku, po wojnie dwie z nich były „latawicami", a jednak później dobrymi żonami oraz matkami; jedna wyszła zresztą za kaprala, który pozostał w wojsku.

            Dumni byliśmy z blisko naszego domu usytuowanej radiostacji, o dużej, jak na owe czasy, mocy i z 120 m wysokim masztem w kształcie cygara. Jedyny luksus w naszym mieszkaniu, to było taniutkie radio kryształkowe. Odbierało ono tylko Toruń - i to trzeba było mieć wysoko usytuowaną na zewnątrz antenę oraz uziemienie (było nim stare wiadro cynkowe, wkopane przed oknem w ziemię, z odprowadzonym do mieszkania drutem). Program był dla nas ciekawy, a ulubioną była lwowska „Wesoła fala” ze Szczepciem i Tońciem.

            I jeszcze o dwóch atrakcjach. W pobliżu Dworca Głównego, między ul.Dybowską a Małą Wisłą stała, podobna do grudziądzkiej, wieża spadochronowa, a między ul.Kujawską a ul.Dybowską zbudowano przed wojną sporą pływalnię umożliwiającą przeprowadzanie zawodów, z brodzikiem dla dzieci i sporym, dość głębokim kąpieliskiem dla umiejących pływać. Najgłębiej było pod skoczniami, czyli trampolinami - dużą i małą. Były szatnie, natryski, boisko siatkowe, trawiasta i piaszczysta przestrzeń do opalania się. Płaciło się tu za wstęp, więc tylko przez gęsto ogrodzony płot z desek zerkaliśmy na niedostępne nam luksusy. Pływalnia działała jeszcze jakiś czas po wojnie. Dziś jest na tym terenie kemping. Baseny zasypano, ponieważ były usytuowane na fatalnym podłożu i nie udawało się utrzymać wody w należytej czystości.

            My chodziliśmy kąpać się do Małej Wisły, zwanej przez nas potocznie Wisełką. Miała ona dość wolny (w porównaniu do Wisły) nurt, była miejscami nawet bardzo głęboka i przede wszystkim wtedy jeszcze czysta i rybna. Łatwo tu było złapać płotkę, czy leszcza, nie mówiąc już o uklejkach, zwanych przez nas „pikolajkami" (może to skojarzenie z małym przecież, jak ta rybka, pikolakiem?).

            Wróćmy jednak do wydarzeń. Ojciec dorywczo pracował, obrabiał z mamą, przy naszej pomocy, ogródek i pole. Hodowaliśmy króliki, brat „trzymał", jak to się mówiło - gołębie. Najstarsza siostra pracowała w sklepie sprzedaży płótna (pomogło jej w tym ukończenie szkoły krawieckiej), średnia - w sklepie ze słodyczami, a najmłodsza była bufetową u pana Pomorskiego, właściciela „Europejskiej", największej kawiarni w Toruniu. Brat kończył szkołę podstawową na Rudaku, a ja, w jej filii na Stawkach - drugą klasę. Na wakacje nie jeździliśmy, zresztą siostry nie miały urlopów. Ojciec, z braku pieniędzy, nawet do Bydgoszczy musiał jechać rowerem, by odwiedzić mojego dziadka, mieszkającego tam u cioci Józefy. Na swoim wysłużonym, z łysymi oponami „kółku", z zapasem „fleków", czyli łatek do klejenia dętek, turlał się tam pół dnia.

            Chodziliśmy po chrust, rwaliśmy w rowach (czasami, ze strachem, na łąkach Rakowskiego) trawę dla królików, graliśmy w „klipę" i „kluchę", w palanta oraz szmacianką w piłkę nożną, zażywaliśmy kąpieli w Wisełce i baraszkowaliśmy po fortach, wędkowaliśmy z kijami leszczynowymi ryby i tak doczekaliśmy wojny. Nasz dom nie był podpiwniczony. Z inicjatywy ojca zaczęliśmy kopać schron, w którym można by się ukryć w razie ostrzału. Tak doradzały komunikaty obrony cywilnej. Ale wokół były tereny podmokłe. Po kilku „sztychach" szpadlem, ukazywała się woda.

            Ojciec zadecydował, że będziemy uciekać przed frontem. Matka spakowała do dwóch worków największe domowe dobro: pierzyny. Ojciec przywiązał je po obydwu stronach ramy roweru, jakieś manatki z bielizną wylądowały na bagażniku i ruszyliśmy, a jakże, w kierunku Warszawy, na Włocławek i Płock. Ojciec kierował, a my z bratem pchaliśmy nasz cały dobytek na rowerze. Mama związała kupione niedawno trzy płaszcze dla moich sióstr i niosła je na plecach, jak karabin. Gdy wyruszaliśmy z domu powiedziano nam, że mosty zostały już wysadzone, ojciec uznał więc, że moje siostry, które pracowały do końca w mieście i miały nakaz pilnowania dobytku swoich pracodawców, nie zdołają przed natarciem Niemców przyjść do domu. W takich okolicznościach uciekaliśmy przed frontem. Nie daleko: wkrótce dogoniło nas wojsko niemieckie. Nie było sensu iść dalej. Ruszyliśmy  do domu.

            Mieszkanie było nienaruszone. Ojciec wyruszył przez tymczasową przeprawę przez Wisłę (obydwa mosty były wysadzone) na poszukiwanie sióstr. Adelę zastał w „Europejskiej". Podejmując pracę u Pomorskiego, po okresie próbnym otrzymała pokoik - służbówkę na poddaszu kawiarni (róg Szerokiej i Łaziennej). Odnalazły się Jola i Irka.

            Przewidując najgorsze, rodzice postanowili, że w terminie najszybszym musimy zrobić zdjęcie rodzinne u fotografa. Słusznie, bo były to już ostatnie chwile, gdy byliśmy razem. Zrobiliśmy je w „Foto Magass" już nie przy ul.Łaziennej, lecz przy Badergasse 28.

Ja stoję na poniższym zdjęciu między siedzącymi rodzicami w ubranku uszytym przez Jolę i mam zeza, bo fotograf kazał mi patrzeć w lewo, a ja zamiast obrócić głowę - skierowałem tylko wzrok w lewo i zdjąłem stale noszone okulary (miałem kompleks „okularnika", nikt z moich rówieśników nie nosił okularów!), więc wzrok mam na tym zdjęciu trochę mętny. Brat był kawalarzem, wygłupiał się, jak zwykle. Zresztą były to dla niego ostatnie chwile na żarty.

 

Wspólne zdjęcie rodziny Jędrzyńskich

 

Pod niemieckim knutem

            Odtąd o naszych losach decydował przede wszystkim Arbeitsamt - Urząd Pracy. On wyrokował, gdzie kto będzie zatrudniony. Ojciec pracował ciężko w srogą zimę 1939/40 przy odbudowie mostu kolejowego. Dźwigał i nosił elementy budowy, od czego miał obustronną przepuklinę i dolegliwości krzyża do końca życia. W gadzinówce niemieckiej „Thorner Fraeicheit” ukazało się zdjęcie, na którym ojciec rozpoznał siebie, wiedząc, że jakiś fotoreporter fotografował robotników, z którymi harował. Wycinek zachował się, odbudowa mostu i lodołamaczy do osłony filarów, wygląda imponująco. Ale wszystko wznosili Polacy własnymi rękoma. Nie ojciec sam nabawił się z tego trudu przepukliny i bólów krzyża. Nosiłem mu w południe gorącą zupę w owiniętym szmatami garnku, aby choć trochę rozgrzał się. Mróz był tej zimy siarczysty, do - 40 stopni. Przez zamarzniętą Wisłę jeździły nawet samochody (podobnie było zimą 1945 r.). Most drogowy był bowiem też wysadzony w 1939 r. przez wojsko polskie (patrz niżej, zdjęcie amatorskie).

 

 

Niemcy wpierw odbudowali strategiczny most kolejowy. Do ocalałych przęseł lądowych mostu drogowego dobudowali most drewniany, który trwał (po naprawie wysadzonego przez Niemców w 1945 r. odcinka mostu po prawej stronie Wisły) do odbudowy dzisiejszego mostu drogowego w 1950 r.

 

Odbudowa mostu kolejowego zimą 1939/1940. Po prawej stronie – podobno ojciec

           

             Najstarsza siostra, Jola, tuż przed gwiazdką 1939 roku, pierwszym transportem z Torunia została wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec. Trafiła do majątku w Streu, na wyspie Rugii, gdzie przebywała do końca wojny. Irena pracowała w sklepie ze słodyczami - ale właścicielami jego byli już Niemcy. Adela nadal była w „Europejskiej", już nie własności Pomorskiego, a Krűgera - tutejszego Niemca, przed wojną właściciela kawiarni przy Starym Rynku, gdzie wiele lat po wojnie była kawiarnia „Ratuszowa". Jako przedstawiciel Herrenvolku, narodu panów, przejął po Pomorskim największą i znakomicie usytuowaną kawiarnię wraz z budynkiem. U tegoż Krűgera uczył się przed wojną na cukiernika mój przyszły szwagier, Franciszek Korzyński. Pochodził z wielodzietnej rodziny listonosza w zaborze pruskim. Został posłany na naukę do Krűgera, ponieważ ten, jako bodaj jedyny cukiernik w międzywojennym Toruniu, nie pobierał opłat za szkolenie uczniów. Za to lał ich niemiłosiernie, nieraz do krwi. Był surowy i bezwzględny, ale gdy miał lepszy humor - dyktował uczniom ze swojego zeszytu recepty smakowitych ciastek. A znał wiele sekretów zawodowych.

            Mój brat Gwidon zaczął pracować z początkiem okupacji w restauracji ogrodowej, usytuowanej u zbiegu ul.Poznańskiej i Hallera [obecnie w tym miejscu sklep „Biedronka” – przyp.OK]. Krótko, bo już na początku 1940 roku wywieziono zaledwie 14-letniego chłopaka na roboty do Niemiec. Trafił do „bauera" w Zűtzen, niedaleko Krzyża. Harował ponad siły od świtu do nocy. Spał na pryczy w stajni, razem z końmi - także zimą. Nie pozwolono mu nawet przyjechać na ślub siostry, podobnie zresztą, jak Joli. Był wychudzony, postponowany jako „przeklęty Polak". Na osłodę (?) posyłałem mu paczuszki z papierosami. Ojciec siał i suszył tytoń. Kroiłem liście cieniutko nożem, napychałem tytoniem specjalną maszynką „gilzy" i co jakiś czas wysyłałem je bratu.

            Pod koniec 1940 roku Irena wyszła za mąż za przyjaciela mojego szwagra - Edmunda, który był świadkiem na ślubie Adeli. Panny wtedy szybko zawierały małżeństwa i rodziły dzieci, bo Niemcy początkowo nie wywozili na przymusowe roboty matek małych dzieci. W następnym roku urodziła córeczkę - Janeczkę. Była to cudowna, ruchliwa i pogodna dziewczynka. Irena mieszkała z mężem i córką razem z nami. Dwuletnia Janeczka zachorowała. Nie mieliśmy pomocy lekarskiej. Sprowadzona pielęgniarka przystawiła jej bańki, robiła jakieś okłady. Janeczka w kwietniu 1943 roku, ku naszej, a zwłaszcza Irki rozpaczy - zmarła. W październiku tegoż roku Irena urodziła córeczkę Marysieńkę. Nastąpiły powikłania po porodowe. Pomoc lekarska przyszła za późno. Zmarła w przeddzień swoich 22 urodzin - 1 listopada 1943.

            Moi rodzice, ludzie z dawnego zaboru pruskiego, byli oswojeni z Niemcami. Walczyli o swoją polską godność, znosili katusze, ale nie wiedzieli jeszcze, że pruscy „Hakatyści” byli łagodnymi barankami w porównaniu do hitlerowskich Niemców. Z każdą godziną przygnębiały coraz bardziej represje, niewolnicza praca, prześladowania, niewola i śmierć.

            Ja, dziewięciolatek, chodziłem od początku okupacji do szkoły nadal na Stawkach. Moim nauczycielem był pierwotnie pan Gdanietz. Znał język polski, z czym starał się nie zdradzać. Był katolikiem. Bywało, że grał nam na skrzypcach pieśni uczące prawości i miłości bliźniego, a więc nie na czasy faszyzmu.

Do dzisiaj pamiętam:

Űb immer Treu und Redlichkeit/, bis an dem kühlen Grab/, und weiche keinen Finger breit/ von Gottes Wegen ab./

Dann suchen Enkeln deine Gruft/ und weinen Tränen drauf/ und Sommerblumen voll von Duft/ blühen aus den Tränen auf.

Strzeż zawsze wierności i prawości, aż do ciemnego grobu, i nawet na palec nie odstępuj od przykazań Boga.

Wtedy wnukowie odwiedzą twój grób ze łzami w oczach, a z tych łez rozkwitną pełne zapachu kwiaty słoneczne.

Wkrótce jednak dotarł do szkoły z Reichu członek NSDAP ze znaczkiem w klapie, Herr Gatze. Był łysy, więc natychmiast - w skojarzeniu z nazwiskiem - nazwaliśmy go „Glacą". Trzymał nas krótko, lał trzciną za byle co i wyzywał od „przeklętych Polaczków". Uczono nas przede wszystkim pisać i czytać po niemiecku oraz tabliczki mnożenia, dodawania i odejmowania. Jak w pruskiej szkole moich rodziców.

            Nie miałem kłopotów z nauką. Jakby w „nagrodę" za to, musiałem chodzić kopać i uprawiać wielki ogród, który Gatze posiadał przy dawnym kościele ewangelickim przy ul.Okólnej na Rudaku. Mieszkał tam z żoną i kupą dzieci w domu pastora, który tylko dojeżdżał na nabożeństwa do kościoła. Tłoku w kościele nie było, bo ewangelicy nie garnęli się na obrzędy. Przychodziły z reguły tylko starsze kobiety. Organistów niemieckich powoływano do wojska. Zastępowały ich siostry zakonne. Herr Lehrer Gatze polecił mi, abym w czasie ćwiczeń gry przez siostry zakonne przychodził do kościoła i deptał pedały w kształcie belek, pompując w ten sposób do miechów powietrze, które napełniało potem odpowiednie piszczałki organów.

            Obiektywnie trzeba przyznać, że poza degeneratami, którzy byli w Selbstschutzu i maltretowali oraz rozstrzeliwali Polaków, przedwojenni Niemcy, nasi sąsiedzi, nie byli dla nas źli. Grossbauer Schmidt nie odmówił np. użyczenia bryczki z końmi na ślub mojej siostry Adeli. Ja kolegowałem się przed wojną i w czasie wojny z Erichem Baumannem. Zmienił się, to prawda. Chodził w mundurze Hitlerjugend, miał werbel, przy pomocy którego głośno oznajmiał kolejne zwycięstwa Niemców. Ale gdy kiedyś trafił mnie z procy, rozbijając szkło okularów, którego odpryski pokrwawiły moje oko - to sam pobiegł po swoją matkę i poprosił ją, aby zaprowadziła mnie do niedostępnego dla Polaków okulisty.

            A wokół działy się rzeczy coraz straszniejsze. Obozy, wysiedlenia i kary śmieci były czymś powszechnym. Brata ojca, Antoniego, rozstrzelano za wrogą działalność przeciwko III Rzeszy. Tragedia spotkała też naszych sąsiadów. Edek Manikowski chodził do szkoły zawodowej, ucząc się na stolarza, był więc automatycznie junakiem Przysposobienia Wojskowego. Był w kompanii dowodzonej przez kpt.rez. Jana Drzewieckiego, która konwojowała na wschód tutejszych Niemców, uczestników dywersji i podejrzanych o dywersję w Bydgoszczy i innych miastach. Dopadło go gestapo i osadziło wraz z innymi w więzieniach. Razem z 20 kolegami skazano go, po pseudo procesie, na karę śmierci. Egzekucja odbyła się w lipcu 1942 roku w Poznaniu. Płakaliśmy wszyscy, czytając jego pożegnalny list napisany w celi śmierci. Był dojrzały, patriotyczny w tonie. Ten młody chłopak spokojnie przyjął wyrok śmierci, pocieszał rodziców i zapewniał, że godnie i pięknie jest umierać za Polskę. Kpt. Jana Drzewieckiego stracono publicznie w Toruniu [został powieszony 1 lipca 1942 roku w garażu na zapleczu budynku Gestapo przy ul. Bydgoskiej – przyp.OK].

            Na każdym kroku i wszystkimi sposobami krzewiono nienawiść przeciwko Polakom. Wymyślano, że gnębiliśmy tutejszych Niemców i preparowano na to fałszywe, ale mocno nagłaśniane dowody. Kilka dni przed wojną internowano na wschód tutejszych Niemców, w tym rodzinę Baumannów z dwoma najmłodszymi synami: moim rówieśnikiem Erichem oraz 14-letnim bodaj wtedy Kurtem. Wrócili bez  uszczerbku, Erich traktował ten wyjazd, jak wielką chłopięcą przygodę. W rok niemal później Kurt, czynny w Hitlerjugend i sprawny fizycznie, zmarł bodajże na szkarlatynę. Gadzinówka tutejsza – „Thorner Fraeiheit" (myśmy nazywali tę napastliwą na Polaków gazetę zbliżonym fonetycznie określeniem: „Thorner Frechheit", a więc nie „toruńską wolnością", a „toruńską bezczelnością") oznajmiła w krzykliwej publikacji, że Kurt jest kolejną ofiarą polskiej zbrodni internowania Niemców. Wydrukowano nawet i rozklejono stosowne plakaty propagandowe z nazwiskiem Kurta, jako bestialsko zniszczonego przez Polaków. Nie wyprawiono mu jednak pokazowego pogrzebu. Został pochowany na małym lokalnym cmentarzyku ewangelickim (od wielu lat już nie istnieje), usytuowanym tuż za zagrodą pana Zielińskiego, przy ul. Łącznej [istnieje, lecz zdewastowany i całkowicie zarośnięty – przyp.OK]. W okresie okupacji była to polna droga, nazywająca się adekwatnie: Kirchhofweg (w bok od Kniaziewicza) [ul.Zaułek Cmentarny – przyp.OK]. Baumannowie nie nawiązywali do propagandy wokół śmierci ich syna, chyba nawet wstydzili się wobec sąsiadów, którzy znali przecież prawdę o chorobie i śmierci skromnego zresztą Kurta.

            Butni Niemcy, w tym szczególnie gorliwi Volksdeutsche - dawniejsi Polacy, którzy, powołując się na niemieckie pokrewieństwa, uzyskali uprawnienia Herrenvolku, panoszyli się na każdym kroku. Bili nas na ulicy, gdy nie ustąpiło im się z drogi. Bili za używanie języka polskiego. Maltretowali zwłaszcza inteligencję oraz właścicieli dóbr. Polakom odebrano prawo własności. Dobytek przesiedlanych i wywożonych rodzin przekazywano osiedlanym tu Niemcom z Rzeszy, z państw nadbałtyckich (Baltendeutsche) i z Sudetów (Sudetendeutsche). Zagarnęli np. małe zresztą gospodarstwo pana Zielińskiego, pozwalając mu łaskawie na zbudowanie sobie szałasu na skrawku jego dotychczasowej łąki - i to tylko do czasu. Odebrali też zagrodę Gumińskim i wywieźli ich. Przejmowali polskie sklepy, warsztaty i domy, a właścicieli, jeśli jeszcze tu byli i sami nie przenieśli się gdzieś, wysiedlali do obozów, w najlepszym przypadku - do Generalnej Guberni - bez prawa zabrania czegokolwiek, poza niezbędnymi rzeczami osobistymi.

            Ustalono godziny sprzedaży dla Niemców i potem dopiero dla Polaków. Tłoczyliśmy się (bo przecież było nas więcej), aby w krótkim, wyznaczonym czasie, kupić cokolwiek z przebranego już towaru. Jak odróżniano Niemców od Polaków? Po mowie, ponadto chodzili w  niemieckich mundurach kolejarskich, pocztowych, SA, HJ, BDM. A pozostali nosili znaczki swastyki, czyli Hakenkreuze. Volksdeutsche, czyli tutejsi, przedwojenni Niemcy, mieli wyłączne uprawnienia noszenia specjalnej oznaki. Była to swastyka okolona owalnym wieńcem z mieczem w środku. My mówiliśmy na nią „jajo".

Piszę o tym, bo jeszcze do dzisiaj ludzie z innych regionów nie znają specyfiki okupacji w „Gau Danzig-Westpreussen”, do którego wcielono województwo pomorskie, razem z Toruniem. Hitler sobie życzył, żeby w ciągu 10 lat zginęły tu ślady polskości. Łagodniej było nawet w sąsiednim Inowrocławiu, czy Włocławku. Zajadle tępiono u nas wszelkie ślady kultury polskiej, niszczono polskie książki, zakazano posługiwać się polskim językiem nawet w kościołach. Wprowadził ten zakaz gdański biskup Carl Maria Splett (1898-1964, za sprzyjanie faszyzmowi skazany po wojnie na 8 lat więzienia, od 1956 przebywał w RFN). Od maja 1940 roku nawet spowiadać się trzeba było po niemiecku. Mama jeździła do spowiedzi do Inowrocławia, gdzie podobnie, jak w całym Warthegau, czyli w poznańskim (łącznie z Łodzią), nakaz ten nie obowiązywał. Tamtejszy Gauleiter Greiser nie uznawał metod Gauleitera Forstera w Gdańsku i potępiał masowe przypisywanie Polakom na Pomorzu III grupy narodowości niemieckiej. Uznawał to za „rassenschande", czyli bezczeszczenie rasy germańskiej. Tolerował, acz niechętnie, język polski na ulicach i w kościołach Warthegau, też wcielonego do III Rzeszy. Przywracał rzekomą niemieckość tej ziemi, deportując masowo rodziny polskie do Generalnej Guberni.

            Ja przygotowywałem się do pierwszej komunii już z katechizmu niemieckiego, zatwierdzonego przez biskupa Spletta, który później mnie też bierzmował. Nie sprawiał dobrego wrażenia. Aby ułatwić Polakom spowiedź, w zakrystii kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła rozdawano wydrukowane kartki pt. „Beichtspiegel". Był to schemat rachunku sumienia i spowiedzi w języku niemieckim, z wypunktowanymi grzechami i wykropkowanymi miejscami na wpisanie, ile razy popełniało się dany grzech. Na przykład w wyznaniu: nie słuchałem ojca swego i matki ..... razy, trzeba było przed spowiedzią zastanowić się i wpisać cyfrę, ile razy to było, albo słowo: oft (często), gdy było się bardziej krnąbrnym. Zimą odczytywaliśmy ten „Beichtspiegel", podświetlając sobie przy konfesjonale „taszenlampą" (latarką!). Ksiądz Bernard Polzin (1914-2003, późniejszy infułat w Gdańsku), strofował, że trzeba nauczyć się spowiedzi na pamięć; bał się spowiadać po polsku, aby śladem poprzedników, nie znaleźć się w obozie zagłady. Tak przygotowany, przystąpiłem do pierwszej komunii św. Ojciec „wyrychtował flekami" rozpadające się buty, matka przenicowała starą marynarkę i krótkie portki po bracie, upiekła babkę z ziemniaków (bo nie było mąki, ale ja lubiłem to ciasto: przypominało w smaku zakalec, który do dzisiaj uwielbiam) - i to była cała feta tej dostojnej uroczystości. Na pamiątkowym zdjęciu, zrobionym na Badergasse, nie widać, że moja marynarka jest czarno-szara, a spodnie granatowe. W okupację nasza rodzina wkroczyła bez żadnych zapasów odzieżowych!

 

Wyrostek – a już musiałem ciężko pracować                             Zdjęcie Gwidona, zrobione po demobilizacji w 1947 r.

 

            Po uporaniu się z inteligencją, kulturą i polskimi właścicielami, okupant przystąpił do masowego wcielania Polaków na niemieckie listy narodowościowe, aby zniknęły tu  „polnische Elementen", a przede wszystkim, by pozyskać dla wojny nowe mięso armatnie. Historycy opisali ten proces. Ale życie, praktyka, były bardziej skomplikowane, niż to odzwierciedlają dokumenty. Polaków masowo więziono, terroryzowano wywózkami na prace przymusowe, a zwłaszcza do obozów koncentracyjnych. Potem - metodą kija i marchewki - zaproponowano mieszkającym na terenie wcielonym do III Rzeszy Polakom - wpis na niemiecką listę narodowościową, czyli na tzw. „Deutsche Volksliste”. Już w marcu 1941 roku na terenie „Gau Danzig-Westpreussen” weszło w życie rozporządzenie o niemieckiej liście narodowościowej i niemieckiej przynależności państwowej. Nadawało ono  wszystkim urodzonym na terenie dawnego zaboru pruskiego lub spokrewnionym z Niemcami rodzinom, uprawnienia ubiegania się o III grupę niemieckiej Volkslisty. Wyniki były mizerne. Na terenie Stawek i tzw. Nowego Podgórza (od ul.Poznańskiej do Białej, wzdłuż ul.Hallera), tylko kilka rodzin skorzystało z tej oferty. Nazywaliśmy ich „Tivolideutsche", od lokalu przy ul.Bydgoskiej (dawniejsze kasyno podoficerskie, po wojnie było tam kino „Echo"), gdzie urzędowała komisja orzekająca o nadawaniu III grupy. Nie zyskali aprobaty sąsiadów. Byli uznawani za tych, którzy sprzedali duszę Niemcom w zamian za "Kuchenmarki", czyli lepsze kartki żywnościowe, niż skąpe racje przydzielane Polakom.

            Rezultaty te musiały wkurzyć Gauleitera Forstera, który przyrzekł Hitlerowi, że w ciągu 10 lat nie będzie tu śladów polskości. Już bowiem w lutym 1942 wydał słynną odezwę – „Aufruf", wzywającą wszystkich mieszkańców Okręgu Gdańsk - Prusy Zachodnie, do obowiązkowego składania „Antragów", czyli wniosków o wpisanie na tzw. Volksliste i to w terminie do końca marca 1942. „Aufruf" ten wydrukowano na plakatach i rozklejano, gdzie tylko się dało oraz przedrukowano w prasie. Od składania wniosków  zwolniono ludność napływową, z terenu dawniejszej Kongresówki i Galicji. Wielu z nich ze strachu też składało „Antragi", ale z reguły nie przyznawano im grupy. I to byli w większości ci, którzy po wojnie jako nie skażeni III grupą, sięgali na tym terenie po urzędy i opaski milicji. Część po wyzwoleniu nawet bohatersko wystawiała pierś głosząc, że żadnego przymusu wpisywania na Volkslisty tu nie było; bo rzeczywiście, dla nich nie było.         Natomiast dawni poddani Kaisera Wilhelma, którzy nie składali „Antragów", byli szykanowani, więzieni, straszeni i wywożeni do obozów koncentracyjnych, zwłaszcza do Stutthofu. Czuwało nad tym - postrach wszystkich - gestapo, naciskając do współdziałań niemieckich pracodawców (a innych tu nie było!). Tak było w wypadku mojego ojca. Po odbudowaniu mostu kolejowego, ojca skierowano do pracy w jednostce gospodarczej na poligonie. Wytwarzali makiety czołgów, zabudowań itp., które były celami ostrzału na ćwiczeniach artylerii. Zwierzchnik ojca, podoficer, weteran pierwszej wojny światowej, powiedział mu, że po „Aufrufie" akta ojca przeglądało gestapo. Zdziwili się, że nie ma w nich adnotacji, iż ojciec złożył „Antrag". Może z życzliwości dla dawnego żołnierza Kaisera, dwukrotnie rannego i odznaczonego takim samym Krzyżem Żelaznym II klasy, jaki i on posiadał, a może z gorliwości w służbie Hitlera, w każdym razie stanowczo zażądał, aby ojciec nie zwlekał ze złożeniem wniosku, bo on uchronił go i narażając siebie powiedział  gestapo, że ojciec przedłożył mu już poświadczenie złożenia „Antragu", czego nie zdążył jeszcze odnotować. Wydawano takie poświadczenia po dopełnieniu ustawowego obowiązku złożenia „Antragu".

            Polakom nie wolno było mieć odbiorników radiowych, ale ojciec potajemnie słuchał Londynu, z odbiornika naszego przymusowego sublokatora, przeniesionego z Reichu do Torunia, niemieckiego kolejarza. Rozgłośnia polska BBC (jej wieści przekazywano sobie „na ucho") podawała, aby podpisać z konieczności „Antrag", bo najważniejsze jest przetrwanie. Ojciec przełamał więc ostatnie opory, może nie tylko patriotyczne, ale i wynikające z  obawy o mego jeszcze nie pełnoletniego brata, który jednak za rok mógł być wcielony do Wehrmachtu - i złożył „Antrag". Od tego dnia codziennie przed snem klękaliśmy przy łóżku - mama, tata i ja - i głośno modliliśmy się, aby nie przydzielono nam III grupy. Bozia wysłuchiwała nas długo. Wszyscy dookoła mieli już zielone „Ausweisy", a my nie. Czujni Niemcy nie przegapili jednak, że mój brat w październiku 1943 roku skończy 18 lat i może być powołany do Wehrmachtu. Dostaliśmy więc III grupę w czerwcu 1943 roku. Byli jednak wobec nas wielce nieufni, bo w dowodach ojca i matki była dodatkowa pieczątka, że mają III grupę niemieckiej przynależności narodowościowej „bis auf Widerruf", czyli do odwołania, to znaczy tymczasowo.

            Tata pozyskał prawo jazdy, był szoferem ciężarówek w komendanturze poligonu. Gdy brat przyjechał od bauera do domu zaczął też pracować z ojcem na poligonie. Zapisał się na kurs kierowców. Uzyskał prawo jazdy, gdy kończył 18 lat i... natychmiast po swoich urodzinach otrzymał powołanie do wojska. Ruszył więc biedak, nadal drobny i wychudzony po ciężkich robotach u bambra, na jeszcze gorszą poniewierkę (w 1940 r. Gwidon na Stawkach zbudował z Ojcem wymarzony gołębnik, a od wywiezienia go do Niemiec na roboty, ja się nim zaopiekowałem).

Nosił niemiecki mundur, a wyzywali go szkoleniowi podoficerowie ciągle, jak i Ślązaków: „Du polnische Schweinhund" (ty polski świński psie). A więc nic się nie zmieniło: nosił niemiecki mundur, ale był nadal człowiekiem podłej kategorii. Byliśmy przecież tylko „angedeutsch" i w ocenie Niemców daleko nam było do rasy panów, do „Herrenvolku". Gwidę przydzielono do bardzo uciążliwej służby saperskiej. Po rekruckim przeszkoleniu wysłano go do Francji, gdy zaczęła się inwazja. Przy pierwszej okazji uciekł i trafił szczęśliwie do polskiej 1 Dywizji Pancernej. Kazali mu odmówić „Wierzę w Boga Ojca", aby udowodnił, że jest Polakiem nie tylko z mowy oraz nazwiska, ale i z wiary. Brat wyrecytował płynnie modlitwę, choć z natury jąkał się. Po przeszkoleniu, został kierowcą czołgu. Zdążył się jeszcze nawojować, palił się nawet w czołgu, zdobył medale polskie i angielskie. Wreszcie był Polakiem. Nie wypominano mu III grupy i służby w Wehrmachcie.

            Wróćmy jednak do moich losów. Do V klasy przeniesiono mnie z filii na Stawkach - do bazowej szkoły na Rudaku. Członkowie Hitlerjugend, czyli prawdziwi Niemcy, chodzili tam w mundurach i wydawali uczniom podlejszych kategorii rozkazy nawet typu: padnij, powstań, czołgaj się. Pracowaliśmy pod ich nadzorem przy naprawie dróg na Rudaku. Lehrer Gatze lał, jak zawsze, trzcinką, gdzie popadło, zwłaszcza za posługiwanie się językiem polskim. Otrzymanie III grupy nie oznaczało, że zna się język niemiecki. Ja nauczyłem się go zaraz na początku wojny, a niektóre dzieci wcale. Pamiętam, jak jeden z kolegów spóźnił się na lekcję i powiedział do Herr Gatze na usprawiedliwienie: Die Wendlandt, die Hefte, co miało znaczyć, że był w sklepie pana Wendlandta, aby kupić potrzebne na lekcje zeszyty. Stłukł go „Glaca", a ja sobie przypomniałem, że w ten sposób miałem opanowany język niemiecki w Grudziądzu, gdy drażniłem niemieckie dzieci powiedzeniem: Die drewko i die dupę chlasnę, co miało oznaczać, że „wezmę kij i wtrzaskam cię po tyłku”.

            Na Rudaku uczyłem się do lipca 1944 roku. Było już wtedy  widać znamiona ostatecznej niemieckiej klęski. W forcie XIII, niedaleko naszego domu, były obozy jenieckie. Byli tam nieposłuszni Mussoliniemu, poniewierani Włosi. Podrzucaliśmy im nawet chleb, którego sami nie mieliśmy za wiele, gdy prowadzono ich obok naszego domu. Ale nie byli aż w takiej biedzie, jak jeńcy rosyjscy, zakwaterowani na Glinkach i masowo tam umierający z głodu (sam widziałem, jak usiłowali jeść smołę!) i na czerwonkę. Czujnie prowadzali ich niemieccy wachmani, trudno im było pomóc. W 1944 r. w forcie XIII i w zbudowanych obok barakach, zakwaterowano jeńców angielskich. Warunków zazdrościli im nawet wachmani. Grali w piłkę nożną, mieli własną orkiestrę, sporą bibliotekę oraz mnóstwo paczek z Czerwonego Krzyża, w których była także czekolada i papierosy. Drwili z wachmanów. Widziałem pod koniec okupacji, jak w maszerującym oddzialiku Anglik zapalał papierosa i zaraz potem nonszalancko go wyrzucał, a wachman podnosił, aby dopalić go do końca. W forcie XI, na Podgórzu, był obóz dla Anglików o zaostrzonych rygorach. Osadzano tam jeńców za próby ucieczki, przewinienia dyscyplinarne, czy zakazane flirty z Polkami.

            Przez nasze okolice przewinęli się też jeńcy francuscy. Duży wpływ wywarł na mnie misjonarz francuski. Przed wybuchem wojny był misjonarzem w Kongo, a teraz kapelanem jeńców francuskich. Nosił na ramieniu zawieszoną na pasku skrzyneczkę, która po otwarciu była ołtarzykiem, przy którym odprawiał polowe msze św. Słabo mówił po niemiecku, posługiwał się często słownikiem. Miał znakomity kontakt z dziećmi, umiał świetnie bawić się z nami, znał wiele atrakcyjnych gier. Spotykaliśmy się na jednym z zalesionych bunkrów przy ul.Łącznej. Dzielił się z nami smakołykami, które sobie pewnie sam od ust odejmował. Chodziliśmy na te spotkania w wielkiej konspiracji, czwórka chłopców i on. Nie miał wachmana, ale bał się podejrzeń o niedozwolone kontakty. Odwiedził mnie wieczorem w domu i spotkał się z rodzicami. Także mego kolegę, Sławka Linkowskiego, który mieszkał przy ul.Złotej, tuż obok Glazji. Myślę, że pod jego wpływem chciałem wtedy zostać księdzem misjonarzem! Skontaktował mnie nawet z rodziną przy ul.Bydgoskiej, która miała uczyć mnie francuskiego, bym mógł kiedyś pojechać do Konga. Ale przebieg wojny i jej rezultaty inaczej pokierowały moim losem.

            Mama hodowała kaczki i kury, ojciec sam zmajstrował wózek na czterech kołach z dyszlem (tylko koła pomógł mu zrobić stary majster, kołodziej (a po naszemu: sztelmach) pan Grabowski, który miał mały warsztat na podwórku Rzeźnikowskich. Pożyczałem mu „Żywoty świętych”, a on tolerował moją obecność w warsztacie, gdzie podpatrywałem jego kunszt stolarski i kołodziejski. Pan Grabowski był dziadkiem mojego kolegi, Zdzisława (właściwie na pierwsze imię miał Leon) Kuliga i pięknie przy „krystku", czyli piecyku opowiadał nam bajki w długie, zimowe wieczory. Zwłaszcza, gdy dojrzała już Wika siadała mu na kolanach.

            Wózek - to był skarb w tamtych czasach. Woziło się na nim beczki z wodą do podlewania (o czym już wspominałem), przydziałowy węgiel, ziemniaki (po naszemu kartofle, albo pyry) i w ogóle wszystkie możliwe dobra, łącznie (ale to już po wojnie) z hodowanym przez nas świniakiem, którego trzeba było zawieźć na ubój do rzeźni na Jakubskim Przedmieściu i przywieźć z powrotem półtusze. Ćwiartowało się je i posolone przechowywało w beczce. Robiliśmy też kiełbasę i kaszankę. Wywar po ich wygotowaniu był podstawowym składnikiem znakomitej „wursztzupy". Mama była całe życie bardzo pracowita i zapobiegliwa, a mnie przez to zawsze przybywało obowiązków!

            Okupacyjną edukację szkolną skończyłem na klasie VI. W lipcu i sierpniu pracowałem przy brukowaniu ulicy na Rudaku. We wrześniu 1944 roku wywieziono mnie na roboty do niedalekiego Ostaszewa. Na majątku nie było już komu zebrać ziemniaków i buraków. W klasach tamtejszej szkółki (parterowy budynek z cegły, pokryty dachówką, jak szkoła na Stawkach) rozesłano słomę, do przykrycia rozdano nam jakieś koce - i tak spaliśmy.

 

Dawna szkoła w Ostaszewie. Wygląd dzisiejszy

 

            Było nas około 50 wyrostków 14-letnich, a praca była dla nas bardzo ciężka. Konne koparki ziemniaków uwijały się, nie nadążaliśmy ze zbieraniem i noszeniem kartofli do skrzyń wielkich wozów. Zgarnialiśmy niekiedy ziemniaki do bruzdy, a koparka przysypywała je, w ten sposób było mniej zbierania i dźwigania. Ale jeśli spostrzegli to ludzie z nadzoru, obrywaliśmy pejczem i straszono nas, że to jest sabotaż, za który możemy znaleźć się w obozie!  Po ziemniakach, były wykopki buraków cukrowych. Zimno, w podartych rękawicach, w przemoczonych i rozpadających się butach - harowaliśmy ponad nasze siły od świtu do ciemności - aż do listopada. Wtedy uciekłem. Poszedłem pieszo na stację do Łysomic (bałem się, że w Ostaszewie mogą mnie złapać), wsiadłem w pociąg i przemarznięty oraz obdarty, dotarłem do domu; nie szukano mnie, bo kilka dni później wszystkich zwolniono.

            Zbliżał się już front, Toruń przygotowywał się do obrony. Organizowano ewakuację Niemców na zachód. Nasi sąsiedzi - gospodarze, uciekali furmankami. Zabierali na nie tych Volksdeutschów, którzy nie mieli, jak Baumannowie, swoich koni. Pani Baumann płakała, że musi opuścić dorobek całego życia. Czuła, że wyjeżdża stąd na zawsze. Erich, jak w 1939 roku, traktował ten wyjazd jako zapowiedź wielkiej przygody, ciekawej eskapady. Nie mógł doczekać się wyjazdu i dziwił się lamentom matki. Mój ojciec w tym czasie był szoferem (kierowcę wymyślono dopiero po wojnie, szofer uwłaczał podobno honorowi klasy robotniczej, jako że szoferzy jeździli przed wojną z jaśnie państwem!), otrzymał polecenie wywiezienia na zachód zapasów kasyna poligonowego, załadowanych na wielką ciężarówkę z przyczepą. Ruszył w sporym konwoju samochodów komendantury poligonu. Płakaliśmy z mamą. Ojciec pocieszał, że wróci i to tak szybko, jak tylko będzie mógł.

            Twierdza Toruń miała się bronić do końca, a linią obrony miała być lewa strona Wisły. Tuż obok naszego domu, na łące Rakowskiego [obecne osiedle kolejowe – przyp.OK], usytuowano trzy szybkostrzelne działka przeciwlotnicze. Otrzymaliśmy polecenie ewakuowania się do miasta. Nie chcieliśmy opuszczać dobytku. Ukryliśmy się w naszych płytkich piwnicach, które każdy lokator miał pod parterową dozorcówką z pruskiego muru, zamieszkałą przez rodzinę pana Popiołka. Ale i stamtąd nas przegoniono.

 

Schron artyleryjski na rogu ulicy Łącznej i Okólnej

 

Nie poszliśmy jednak do miasta, a zamieszkaliśmy w starym bunkrze na rogu ulicy Łącznej i Okólnej [jeden ze schronów artyleryjskich, – przyp.OK]. Było tu co najmniej dziesięć rodzin z sąsiedztwa. Spaliśmy pokotem, obok siebie, pod własnymi pierzynami: dzieci, kobiety i starsi mężczyźni. Młodzi byli, jak to się mówiło, na wojnie, tak jakby nas tu wojna ominęła! Pociski artyleryjskie dalekiego zasięgu przelatywały nad nami: ruskie i niemieckie. Ale żyliśmy blisko własnego mieszkania. Mama posłała mnie nakarmić króliki, a jednego przyniosłem do spożycia. Przed wejściem do bunkra trzymałem go tradycyjnie za nogi, a mama w zastępstwie ojca „obrabiała" go. A tu nagle, naprzeciw nas rozstawiają żołnierze ręczny karabin maszynowy i kierują lufę w naszym kierunku. Mama rzuca królika, tuli mnie do siebie i płacze, że już koniec z nami, bo zaraz nas zabiją. Było groźnie, faktycznie. A wszystko przez pana Rzeźnikowskiego. Poszedł za bunkier zrobić kupę i tam dostrzegł go patrol. Ryknął: Hände hoch. Pan Rzeźnikowski poderwał się na nogi z podniesionymi do góry rękoma i z opadłymi na dół spodniami. I tak go doprowadzili przed bunkier, gdy im wyjaśnił, że tu ukrywa się przed pociskami wiele rodzin. Kapral był wyrozumiały, ale był rozkaz, że cywile mają ewakuować się na drugą stronę Wisły! Kazał nam natychmiast udać się tam.

Ruszyliśmy do domów. Śnieg był wysoki, droga Łączna pokryta zaspami, a ja pcham przez nie rower z przytroczonymi w workach pierzynami. Jak w 1939 r., tylko w gorszych warunkach i bez sił ojca i brata. Gdy ewakuowaliśmy się do bunkra, nie było śniegu, a teraz przewracam się z rowerem w zaspach, złorzeczę matce, że tyle „lumpów" zabrała, grożę, że wszystko rzucę i pójdę sobie; ale wstaję i z mozołem pcham rower dalej. Dotarliśmy do mieszkania, zabraliśmy tym razem tylko najniezbędniejsze rzeczy i poszliśmy pieszo przez most, aż na Winnicę 40, gdzie po ślubie zamieszkała Adela. Tam przeczekaliśmy nawałnicę frontu, siedząc wraz z innymi nad Wisłą w piwnicach domu Kuntze-Kitlera, który przetrwał (chodzi o dom!) nie jedną nawałnicę lodową i powodziową.

            Tak doczekaliśmy wolności Torunia w dniu 1 lutego 1945 roku. Nie była ona dla nas kolejnym zniewoleniem, bo niczego gorszego, niż okupacja faszystowska, nie mogliśmy sobie wyobrazić, choć nie jedną gorzką pigułkę musieliśmy jeszcze potem przełknąć. Ruszyliśmy na Stawki, przechodząc prowizoryczną kładką między wysadzonym po prawej stronie Wisły przedwojennym jeszcze przęsłem mostu, a dobudowanym przez Niemców drewnianym mostem, którego nie zdążyli w całości wysadzić. Ta kładka była dla mnie początkiem drogi w zupełnie inne życie.

Mieszkanie było nienaruszone. Zginęła tylko talia kart do skata. No i znów szybka odbudowa hodowli królików, kur oraz kaczek. Penetrowaliśmy obiekty wojskowe. Z wyprawy na poligon przytachałem tylko sól w drewnianym pojemniku, podczas gdy inni szczęściarze poprzynosili na przykład worki mąki i cukru z bunkra - piekarni obok stacji Toruń Miasto i z fortu XIII świetne akordeony po Anglikach. A akordeon był moim marzeniem. Grałem już wtedy na rozklekotanej harmonii guzikowej, którą wyhandlowałem za jakąś znakomitą procę (umiałem je świetnie robić po lekcji z Erichem!) oraz na sporadycznie pożyczanych akordeonach. Dopiero na emeryturze kupiłem na targu od Rosjan akordeon, ale już mi się nie chce na nim grać: spóźnione szczęście!

            Mnie też jednak w końcu poszczęściło się: z fortu mostowego przywlokłem do domu wielki majątek na owe czasy: pełne dwie duże kany, czyli dzbany, spirytusu! To była najlepsza waluta i od „krasnoarmiejcow" można było kupić za nią wszystko, nawet samochód (zwłaszcza trofiejnyj, czyli zdobyczny, poniemiecki). Porozlewałem spirytus do butelek i czekam na okazję zrobienia interesu. Na drugi dzień zaglądam do piwniczki pod podłogą w kuchni, żeby nacieszyć się skarbem, a tu ani śladu po nim! Matka wylała spirytus do zlewu! - Chłopcze - usprawiedliwiała się - jakby Ruskie przyszli pytać o wódkę, a ja bym im dała, to by mnie znów gwałcili. A jak bym nie dała, a oni by spirytus znaleźli, to by mnie zabili. To już lepiej nie mieć spirytusu! Tak tłumaczyła swój czyn i trudno odmówić jej roztropności: przecież pijani krasnoarmiejcy próbowali gwałcić ją w naszym mieszkaniu, a miała wtedy lat 48! Na szczęście przyszedł nasz sublokator i temu zapobiegł!

            Z przemocą i gwałtami spotykaliśmy się, niestety, dość często. Znów byliśmy ludźmi gorszej kategorii. Niektórych z III grupą wywieziono nawet do obozów pracy w ZSRR. Wystarczyło, że ktoś z milicjantów np. (a było w milicji na początku też trochę ludzi z marginesu społecznego) wskazał sowietom sąsiada, z którym miał jakieś porachunki, jako na Niemca, to zabierali i wywozili go. Mieli zadanie dostarczyć siły robocze do ZSRR i wyznaczone limity wywózki, nie bawili się więc w subtelne rozpatrywanie, kto jest kim. Krasnoarmiejcy gwałcili też torunianki, uznając je za „germanki", a Stalin „skazał", że na ziemi niemieckiej będą mogli robić wszystko. Więc maruderzy, którzy nie zdążyli dotrzeć na front, już tutaj gwałcili i grabili, co się dało, zwłaszcza zegarki i rowery. Mnie też sołdat wyrwał rower, pogroził automatem i przewracając się często, ruszył w kierunku koszar. U nas na pokoju zakwaterowany był kpt. Pałamarczuk, oddelegowany z Armii Czerwonej do Wojska Polskiego. Dowiedziawszy się o rabunku, poszedł ze mną do koszar krasnoarmiejców i ze stojących tam rowerów kazał mi wybrać sobie dwa, tytułem zadośćuczynienia. Pogroził pistoletem protestującym, rzucił im stosowną wiązankę po rosyjsku. Popatrzyli na jego radzieckie ordery z „Czerwoną gwiazdą" włącznie i nie protestowali. Zresztą obydwa rowery później też straciłem, choć miałem już stosowną „bumagę", że jestem pracownikiem kolei, potwierdzoną przez radzieckiego wojennego komendanta stacji Toruń Główny.

            Poczucie bezkarności „oswobodzicieli" przybierało niekiedy rozmiar tragiczny. Córkę sąsiadów odprowadził z randki do domu młody żołnierz polski. Zobaczył to mieszkający u nich na pokoju oficer radziecki, odkomenderowany do Wojska Polskiego, jak „nasz" kapitan. Wyszedł z pokoju, wyjął pistolet z kabury i na naszych oczach zastrzelił młodziutkiego żołnierza polskiego za to, że... śmiał flirtować z dziewczyną, do której on chciał się dobrać! Przyjechał samochód wojskowy, wrzucono ciało zabitego na skrzynię, zabójcę posadzono do szoferki - i nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy poniósł karę za tę zbrodnię.

            Nie tylko Rosjanie wymierzali samowolne wyroki. Nasi milicjanci (chłopcy z sąsiedztwa) złapali tutejszego Volksdeutscha, Rakowskiego. Wyjechał razem z innymi Niemcami, ale wrócił. W czasie wojny pracowała u niego Polka, dziewczyna z sąsiedniej rodziny. „Zrobił jej dzieciaka" - jak to mówiliśmy. Nie ujawniała, kto jest ojcem, bała się. Rakowski był starym kawalerem. Może duma, że ma syna, może jakieś uczucia dla tej dziewczyny, może poczucie powinności ojcowskiej sprawiły, że chciał zobaczyć dziecko i jego matkę, która mieszkała dalej w jego domu, teraz już uznanym za gospodarstwo poniemieckie. A może liczył nawet na to, że w tolerancyjnej Polsce, jaką znał sprzed wojny, będzie mógł ożenić się z tą dziewczyną i żyć tutaj? Należał do tak zwanych dobrych Niemców, nie zrobił Polakom w czasie wojny krzywdy, mimo, iż pełnił funkcję sołtysa (Gemeindevorsteher). Nie dociekano motywów jego powrotu. Dostrzegli go przy zagrodzie nasi milicjanci, zbili i nie pytając o racje także matki dziecka, prowadzili do zorganizowanego dla Niemców obozu, cały czas bijąc po drodze. Było mi wstyd, że nasi zachowywali się tak, jak do niedawna Niemcy. Wśród uwięzionych w obozie byli „równi i równiejsi". Dumnie zajechała do nas zaprzężoną w dwa konie bryczką nasza okupacyjna sublokatorka, żona podoficera Tylla (pochodził ze Śląska), która miała dość swobodne obyczaje, za co była karcona przez męża. Teraz wykupił ją z obozu i zaopiekował się nią zamożny dostawca mięsa dla wojska; była bezkarna, w przeciwieństwie do Rakowskiego.

            Byłem sam z matką. Trzeba było zatroszczyć się o nasze utrzymanie. Leszek Leszczyński, z którym kolegowałem, a potem serdecznie przyjaźniłem się, od wyzwolenia pracował jako goniec na stacji Toruń Główny, ale już w marcu dostał się do Gimnazjum im. M. Kopernika. Postanowiłem podjąć po nim pracę. Zazdrościłem, że idzie do gimnazjum, a ja muszę pracować. Cieszyłem się, że powiodło mu się na rozmowach kwalifikacyjnych i dostał się do szkoły. Był lepiej przygotowany do nauki, niż ja. Mądry i oczytany, był synem Tomasza, przedwojennego podoficera zawodowego, który jako eksternista przygotowywał się przed wojną do matury w Liceum Kopernika. Korzystałem skwapliwie z ich dość zasobnej biblioteki domowej. W czasie wojny pan Tomasz pracował z moim ojcem w warsztatach na poligonie - aż do maja 1943 roku, gdy go zesłano za udział w konspiracji Armii Krajowej i osadzono w obozie Mauthausen - Gusen. Dom rodziców Leszka przy ul.Strzałowej był punktem kolportowania prasy AK oraz ulotek antyfaszystowskich, pisanych po niemiecku i adresowanych do Niemców. Pani Helena, matka Leszka, niezwykle pogodna i życzliwa, była po wojnie sklepową, jak się to mówiło: prowadziła sklepik spółdzielczy na Stawkach, w domu Uskego [przy ul.Włocławskiej – przyp. OK]. Pomagaliśmy jej rozważać np. cukier. Była tak uczciwa, że karciła za połkniętą przez nas szczyptę cukru. Leszek wpadł na pomysł, by pod szalkę wagi podkleić kawałek mydła. Ważyliśmy równo, a zostawała nam jakaś „tutka", czyli torebka cukru na osobisty użytek. Pan Tomasz wrócił z obozu sparaliżowany, poruszał się na wózku inwalidzkim, potem z trudem dojeżdżał rowerem do pracy. Był wielkim fanem dziejów nauki. Wycyganił ode mnie pierwsze roczniki „Problemów" i powieść kryminalną Kisielewskiego: „Zbrodnia w dzielnicy północnej". - Ale przynieś mi ją zaraz - napominał - bo jutro mogę już nie żyć! Nie pożył długo. Zmarł w 1974 roku.

            Mój nieodżałowany przyjaciel Leszek - też. Zrobił doktorat na UMK, ale nie umiał znaleźć dla siebie miejsca w życiu. Popełnił samobójstwo (uśpił się chloroformem) 2 czerwca 1974 w Olsztynie, gdzie od skończenia studiów biologii na UMK, pracował w Instytucie Rybactwa Śródlądowego Wyższej Szkoły Rolniczej. Był dociekliwy (nazywaliśmy go z mojej inicjatywy „Filozofem"), wszechstronnie utalentowany. Napisałem w 2004 r. biogram Leszczyńskich do IV tomu „Toruńskiego Słownika Biograficznego”. Opublikowałem też biogram Tomasza i Heleny Leszczyńskich w "Nowościach" z 31 V 2004 pt. „Ukrywali w Toruniu Nowaka Jeziorańskiego” (opisał to w swoich pamiętnikach Jan Nowak, sławny łącznik z Londynem, wieloletni dyrektor radia „Wolna Europa”).

 

Dom Leszczyńskich przy ul.Strzałowej 12

 

Konspiracja na Stawkach

Mało się wie o konspiratorach ze Stawek. Omówię więc trochę szerzej okupacyjne dzieje rodziny Tomasza Leszczyńskiego (1902-1974), podoficera zawodowego, kreatora wojskowego amatorskiego ruchu teatralnego na Rudaku, działacza AK ps. „Krystian" i więźnia obozu Mauthausen-Gusen.

Służył w Dyonie Pomiarów Artylerii 31 PAL, stacjonującego na Rudaku, gdzie był instruktorem w Szkole Podoficerskiego Ośrodka Zawodowego Artylerii. Rozwijał też w wojsku działalność kulturalną, był kreatorem i aktorem amatorskiego teatru wojskowego. W stopniu ogniomistrza brał udział w obronie Warszawy. Po powrocie z niewoli, od 1940 r. pracował jako ślusarz w warsztatach komendantury poligonu (Truppenűbungsplatz) w Toruniu. W kwietniu 1941 podjął działalność konspiracyjną w siatce AK. Zajmował się kolportażem prasy podziemnej i instrukcji AK. W domu Leszczyńskich przy ul.Strzałowej 12 mieszkali z nimi tylko matka Tomasza i rodzice żony, Kodrzyccy. Piętro nie było wykończone, więc Niemcy nie zajęli domu, mimo nie przyjęcia przez właścicieli III grupy tzw. „Volkslisty". Był tu magazyn rozdzielczy „Biuletynu Informacyjnego" AK, gazetki „Orzeł Biały", materiałów akcji „N" oraz punkt kontaktowy, w którym gościł m.in. wspomniany już sławny kurier Jan Nowak-Jeziorański. 6 V 1943 przybyło do Leszczyńskich gestapo i aresztowało w założonym „kotle" przedstawiciela KG AK na woj. zachodnie, Stanisława Witkowskiego „Żbika", a wraz z nim Tomasza Leszczyńskiego i jego teścia Jana Kodrzyckiego (1889-1965). Osadzono ich na Wałach. Kodrzyckiego (zgrywał niespełnego rozumu) po pewnym czasie zwolniono, a Leszczyńskiego, po śledztwach w Toruniu, Bydgoszczy i Poznaniu, przewieziono 24 X 1943 do obozu koncentracyjnego w Mauthausen-Gusen. Wykonywał m.in. katorżniczą pracę w kamieniołomach i stał się kaleką, miał paraliż nóg, do końca życia nie chodził sprawnie. Po wyzwoleniu obozu 5 V 1945 poddał się najniezbędniejszemu leczeniu i wrócił w 1946 do Torunia. Przez rok jeszcze poruszał się tylko w wózku inwalidzkim. Od 1947 pracował jako kierownik sekcji opakowań w „Społem"; jeździł jako tako rowerem, miał kłopot największy z ruszeniem i zatrzymaniem się. Był, mimo kalectwa, pogodny, dowcipny i życzliwy ludziom. Pasjonował się nowościami nauki i pożerał książki. Zmarł 26 III 1974 w Toruniu i został pochowany na Stawkach. W 1928 ożenił się z Heleną, ur. 17 X 1910 r. Dzielnie wspierała działania konspiracyjne męża i działała samodzielnie nawet po jego uwięzieniu w obozie; była łączniczką, opiekowała się kurierami AK, którzy zatrzymywali się w ich domu; wysyłała też przygotowywane przez AK listy propagandowe do Niemców (tzw. akcja „N"). Na początku 1943 r. złożyła przysięgę pod ps. „Janka" i przeszła przeszkolenie sanitarne w komórce AK przy ul.Złotej 3. Zachowała się przytomnie w czasie „kotła" w ich domu. Wykorzystała pretekst, że gestapowcy nakazali jej spalić polskie książki znajdujące się w mieszkaniu; wynosiła więc w wiadrach schowaną w piwnicy „bibułę", kładła na wierzch książki i przynosiła to swej teściowej, która spalała wszystko w piecu kuchennym. Niedopalone kartki „bibuły" ulatniały się z komina, więc Helena nakazała synkowi wdeptywać je w ziemię ogródka, pod pretekstem skocznej zabawy z małą siostrzyczką. Aresztowana następnego dnia po założeniu „kotła", od 7 V 1943  była pół roku więziona na Wałach; pomagała więźniom, przenosiła grypsy, wykonując w więzieniu pracę sprzątaczki. Po zwolnieniu w X 1943 (zeznawała, że żyją w separacji i nie wiedziała o nielegalnej pracy męża), nadal angażowała się w prace konspiracyjne. Od wyzwolenia w 1945 r. była na Stawkach kierowniczką sklepu Toruńskiej Spółdzielni Spożywców, a od 1951 do przejścia na rentę w 1958, była szwaczką w Toruńskich Zakładach Przemysłu Odzieżowego. Mimo nieszczęść, była pogodna i życzliwa ludziom; po śmierci męża zamieszkała na Rubinkowie. Zmarła 29 VIII 1985, została pochowana w Toruniu obok męża na cmentarzu przy ul.Włocławskiej na Stawkach. Tomasz i Helena mieli syna Leszka, który był do końca życia moim wspaniałym przyjacielem (ur. 1930, matura w Liceum im. M. Kopernika w Toruniu w 1950, skończył biologię i doktoryzował się na UMK, był prac. naukowym Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie, zmarł 2 VI 1974, pochowany w Olsztynie) oraz córkę Krystynę, zamężną Gucz (ur. 1941, mgr filologii polskiej, nauczycielka w Szczecinie, zmarła 2 III 2004, pochowana na centralnym cmentarzu w Szczecinie).

 

Praca na PKP

            Podjąłem więc z dniem 1 marca 1945 roku pracę na PKP jako goniec w biurze personalnym na stacji Toruń Główny. Poznałem tu klucz obsadzania stanowisk, który obowiązywał szereg lat. Otóż na stanowiska kierownicze przysyłano ludzi z reguły z Generalnej Guberni. Kierownikiem biura personalnego był pan Twardowski. Znał znakomicie środowisko i kwalifikacje zawodowe oraz psychiczne, którymi powinni legitymować się kandydaci na poszczególne stanowiska kolejarskie. Ale miał III grupę. Więc na jego miejsce przysłano pana, który, nomen omen, nazywał się Schwarz. Był człowiekiem sympatycznym, ale o sprawach personalnych na kolei - nie miał pojęcia. Przysłano też pana Kowalskiego z Warszawy (nie mylić z panem Kowalskim z Podgórza, świetnym gospodarzem i zarządcą obiektów całej stacji).  Nie zajmował się niczym, bo pojął w lot, że „tutejsi" znają się lepiej na sprawach kolejnictwa i choć mieli III grupę - są bardzo oddani służbie na polskiej kolei. On nauczył mnie, że trzeba szanować wszystkie książki, niezależnie od tego, w jakim języku są napisane i czego dotyczą. Dzięki niemu zacząłem zbierać pogardzane i wyrzucane na śmietnik dzieła klasyków niemieckich.

            Moje obowiązki polegały na roznoszeniu zarządzeń i komunikatów do wszystkich służb kolejowych podległych stacji Toruń Główny, której zawiadowcą był pan Biały. Był to odcinek od mostu kolejowego do odgałęźnej Kluczyki, z pominięciem warsztatów i parowozowni na Kluczykach. Roznosząc te rozporządzenia do posterunków służby ruchu (nie ma już śladów po tych budkach między torami), napatrzyłem się na rzeczy niezwykłe. Jeszcze dzisiaj, ile razy bywam na dworcu i przechodzę pod tunelem, widzę oczyma wyobraźni te tłumy ludzi z tobołami i malutkimi tobołkami. Koczowali na peronach i w tunelu, oczekując na pociągi, które, nie wiadomo, kiedy przyjadą i w jakim kierunku odjadą. Do dzisiaj czuję pod tunelem ten specyficzny zapach nie pranej tygodniami odzieży i nie mytych ludzi, którzy wracali do domów lub ruszali w drogę w poszukiwaniu nowego domu na Ziemiach Odzyskanych. Podziwiam, że kolejarze zdołali po jakimś czasie nadać kursom pociągów określony rytm. Nie było to proste. Po pierwsze dlatego, że trwała jeszcze wojna (do połowy marca toczyły się nawet u nas walki o Grudziądz) i w każdej chwili radzieccy komendanci wojenni  dworca mogli zarządzić, że lokomotywa nie pociągnie składu osobowego, a wagony z zaopatrzeniem dla frontu, albo wywożące do ZSRR urządzenia przemysłowe z Niemiec, a także demontowane np. w Toruniu (młyny Richtera, zakłady Born & Schűtze).

            Praca kolejarzy była trudna i godna podziwu. Zrujnowane były urządzenia mechaniczne. Począwszy od mostu kolejowego aż do Kluczyków, zniszczone były stawidła i wszystkie zwrotnice obsługiwano ręczną korbką, zgodnie z dyspozycją telefoniczną dyżurnego ruchu. Posterunków zwrotniczych było bardzo wiele, a ja roznosiłem do nich zarządzenia nieraz kilka razy dziennie. Czepiałem się pociągów towarowych w biegu, by podjechać kawałek i ulżyć nogom. Była to wielka lekkomyślność i jest to zmora moich snów do dzisiaj. Przemierzając tory, napotykałem jeszcze strzępy odzieży ludzi, którzy zginęli w wyniku wybuchu dynamitu w wagonach na torach stacji towarowej. Różne są interpretacje tego zdarzenia, są nawet głosy, że  wagony z dynamitem wysadzili członkowie podziemnej walki zbrojnej. Bzdura. Zresztą nie byłoby się czym chwalić, bo wybuch zabił setki ludzi i zdewastował doszczętnie wiele budynków na Podgórzu oraz urządzenia kolejowe w chwili, gdy już wiadomo było, że Toruń będzie niebawem zdobyty. W piwnicach zmiecionego z powierzchni wielkiego browaru, ukrywało się mnóstwo ludzi, którzy nie przeszli na drugą stronę Wisły. Wielu zginęło. Moja koleżanka, Zdzisia Samorzewska, wyszła z tej gehenny z okaleczoną twarzą, ale uratowała życie.

             Wtedy, na początku 1945 roku, była jedna interpretacja tej tragedii. Otóż wycofujące się z Torunia wojska niemieckie wysadziły obydwa mosty. Specjalne „Sprengkomando", wysadzało też urządzenia kolejowe po lewej stronie Wisły. Po moście kolejowym - zdewastowali stawidło obok wiaduktu, następnie spalili budynek Dworca Głównego (wzniesiono go w roku 1873, a wypalone wnętrza odbudowano dopiero w latach 60 - tych XX w.). Idąc dalej, niszczyli stawidła w pobliżu wiaduktu na przeciw mostu drogowego, a potem wysadzili samych siebie. Nie wiedzieli bowiem, że na dworcu towarowym są wagony z dynamitem, który przypadkowo eksplodował, wskutek ich własnej niszczycielskiej roboty ...

            Jak wszyscy kolejarze, zarabiałem nieregularnie wypłacane i niewielkie pieniądze. Otrzymywaliśmy też wynagrodzenie w naturze: rąbankę. To była wtedy najlepsza zapłata! Byłem dumny, że utrzymuję mamę.

            Bardzo wiele w tym czasie czytałem. Oczywiście, najchętniej „książki o Indianach", ale też powieści historyczne Sienkiewicza, bez żadnej wiedzy o autorze i o „pokrzepianiu serc". Były dla mnie wyłącznie książkami przygodowymi, zaczytanymi i z reguły bez stron tytułowych oraz wielu kartek w środku. Nie wiedziałem, że ważny jest autor. Pożyczając od kogoś książkę - nie pytałem o autora, tylko: o czym ta książka jest? O tym, że „Ducha puszczy" napisał M.Bird, „Robinsona Crusoe" D.Defoe, a dla młodzieży polskiej streścił i przysposobił te książki na język polski m.in. Władysław Anczyc (dla chleba, panie, dla chleba), dowiedziałem się znacznie później. Matka karciła mnie: - Ścirwuń czyta i czyta i tylko sobie ślepia psuje. Bała się o mój nie najlepszy wzrok, jednak coraz rzadziej mnie upominała, bowiem pracowałem i zarabiałem, więc mogłem nawet bezkarnie zapalić papierosa. Takie obowiązywały prawa obyczajowe.

            Tymczasem ptaki szczęśliwie wracały do gniazd. Latem 1945 roku wrócił ojciec. Tak szybko, jak mógł, zgodnie z obietnicą. Dowiózł Niemców i ich dobra do okolic Lubeki. Sztab poligonowy poganiał, byle tylko nie dostać się w ręce „bolszewików". Anglicy pozwolili ojcu zatrzymać rozładowany samochód z przyczepą. Chciał więc zawracać i jechać do domu. Na to nie zgodzili się. Powiedzieli, że Rosjanie i tak samochód mu odbiorą. Nie było jeszcze zorganizowanych wyjazdów Polaków do kraju. Ale mogli wracać obywatele ZSRR. Więc pięciu Polaków, którym spieszyło się do domów, podało się za Rosjan, byle dostać się do Szczecina. Dalej sobie poradzą. Dwóch znało rosyjski, pochodzili z dawnej Kongresówki. Załatwili w delegaturze radzieckiej przepustki i w ten sposób ojciec w czerwcu 1945 r. był już w domu.

Najpóźniej wrócił do domu mój brat. I-a dywizja pancerna gen.Maczka parła naprzód, by dotrzeć do Polski. Zdobyła Wilhelmshafen, gdzie zastał ją koniec wojny. Czekali potem w pełnej sprawności bojowej na wybuch trzeciej wojny. Zdemobilizowano ich dopiero w 1947 roku. Przyjechał w mundurze, z odznaczeniami i z orłem w koronie na czarnym berecie. Byliśmy dumni z niego. Później ujawnianie w ankietach personalnych, że był członkiem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, przysparzało kłopotów w pracy i awansach.

            Zaraz po powrocie ojca, poprosiłem rodziców o zgodę na podjęcie wymarzonej nauki w gimnazjum. A mama w płacz. - Chłopcze, po co ci szkoła, jak już dostałeś pracę na kolei! - szlochała. Ojciec mnie poparł. Zacząłem przygotowywać się do egzaminu wstępnego w I Państwowym Gimnazjum i Liceum im. M. Kopernika. Było ciepłe lato. Siedziałem przy otwartym oknie i uczyłem się, gdy nagle rozległa się silna detonacja, potem druga, trzecia. Do huku przywykliśmy, mieszkając blisko poligonu artyleryjskiego. Sami też detonowaliśmy porzucone przez Niemców pociski, granaty i kostki dynamitu. Nawet strachliwą mamę nauczyłem rozpalać ogień w piecu przy użyciu odrobiny prochu w laseczkach, albo w żółtych pasemkach. Ale podmuch po tych wybuchach był taki silny, że spadłem z krzesła. W koszarach poligonowych powstał rwetes. Musiało stać się coś nadzwyczajnego. I rzeczywiście: były to detonacje składów amunicji artyleryjskiej na poligonie. Spowodowali je baraszkujący tam chłopcy. Kilku zginęło, wielu zostało poważnie pokiereszowanych. Grupa wyrostków, umorusanych od dymu, w podartej na strzępy odzieży, szła ulicą Kniaziewicza do swoich domów na Nowym Podgórzu. Szlochali i głośno płakali. Dla mnie było to głęboko przeżyte ostrzeżenie. Nie dotykałem już żadnych pocisków i nie bawiłem się prochem, choć pokusa była wielka, bo pełno tego badziewia poniewierało się w okolicy.

            Bardzo bałem się egzaminu wstępnego, miałem świadomość, że moja znajomość języka polskiego była fatalna! Ale jakoś poszło. Zostałem przyjęty. Zaczęła się kolejna trudna górka w moim życiu: wspinania się do wiedzy i do awansu społecznego. Dzień po pozytywnym egzaminie wstępnym, złożyłem drogą służbową  do DOKP w Gdańsku prośbę o zwolnienie z pracy. Po kilku dniach otrzymałem odpowiedź: „Uwzględniając prośbę z dnia 17. sierpnia 1945 r. zwalniam Obywatela ze służby kolejowej z dniem 6. września 1945.” Tak oto z poważnie traktowanego pracownika kolei, wkroczyłem w życie karconego ucznia.

                                             

Wymarzone gimnazjum

 

Pierwsza legitymacja (ze sfałszowanym w wakacje rokiem urodzenia, aby chodzić na filmy od 18 lat!) i z klasy II, sygnowane przez dyr. R. Boszko i zdjęcie (o dziwo, w okularach!) z kolejnych legitymacji.

 

            I Państwowe Gimnazjum i Liceum im. M. Kopernika mieściło się wtedy przy ul.Piekary. W 1 klasie było około 50 uczniów w dużej rozpiętości wiekowej - w przedziale od rocznika 1927 (syn pułku kapral Zygmunt Wierciński) do 1934. Klasa była niesforna, a "grandom" przewodził Zbyszek Dziewiątkowski, który później przeniósł się do Wrocławia, a potem zasłynął jako kompozytor i twórca "Tercetu Egzotycznego". Wyspecjalizowaliśmy się w organizowaniu sztucznych korków i przepychanek przy drzwiach. Raz wypchnęliśmy je wraz z futryną. Znakomity włodarz naszej szkoły miał na to skuteczny sposób: musieliśmy płacić za wszystkie szkody. Jak nie było winowajcy jakiejś szkody - dyrektor Ryszard Boszko w ciemno przychodził do klasy „b" i nakładał na nas kary, z reguły zresztą słusznie. Trwało to aż do matury w 1951 roku.

            Po roku przenieśliśmy się do dawnej i obecnej siedziby szkoły, przy Zaułku Prosowym (mieścił się w niej zaraz po wojnie szpital radziecki), gdzie warunki nauki poprawiły się. Ale nie poprawiły się moje dojazdy do szkoły.... pieszo lub rowerem. W mróz i słotę biłem rekordy, biegnąc do szkoły czy pedałując na gruchocie – rowerze. Swobodnie szło się ze Stawek do szkoły około 45 minut, a wcześnie wstać nie chciało się!

Edukację rozpocząłem według przedwojennego programu. Po czterech latach nauki w gimnazjum uzyskiwało się małą maturę. Reforma przekształciła IV klasę gimnazjalną na klasę IX, ale w świadectwie moim jest jeszcze klauzula, iż jest ono równoważne z dawną małą maturą. Kilku kolegów odeszło po niej, kontynuując naukę w liceach zawodowych (elektryczne – Jerzy Szulist, budowlane – Bogdan Taczak, Jurek Sienkiewicz), które nadawały uprawnienia technika i lepiej przygotowywały do podjęcia studiów na politechnikach. Do matury w 1949/50 można było wybrać klasę humanistyczną, przyrodniczą, bądź matematyczno-fizyczną. Moją klasę objęła już reforma: były tylko jednolite, bez specjalizacji, klasy X i XI. Do końca uczyliśmy się łaciny i języka angielskiego, ja nadobowiązkowo jeszcze niemieckiego i rosyjskiego. Byłem gorliwym neofitą, jakbym chciał nadrobić braki wykształcenia moich przodków! Chodziłem z zapałem na czwartki literackie, do teatru i na koncerty symfoniczne. Nauczyłem się sam odbierać piękno muzyki poważnej i zaraziłem tym kilku kolegów.

            Miałem szczęście do dobrych nauczycieli. Bardzo zajął się mną polonista, mgr Leopold Rosenthal. Nie miałem pojęcia ani o gramatyce, ani o ortografii: nie zetknąłem się przed gimnazjum, z ich regułami, rodzice też nie. Wspaniały pan prof. Rosenthal, aby poprawić moją mowę i pisownię, polecił mi codziennie przepisać jedną stronę z książki. Zapytał, jakie mam książki. Z dumą pochwaliłem się, że mam cudem zdobytego „Robinsona Crusoe". Ponadto miałem jeszcze jakieś dwie książczyny, ale nie uzyskały one aprobaty profesora, który wolałby, abym przepisywał Żeromskiego, Sienkiewicza, czy Prusa. W końcu więc cały rok szkolny przepisywałem kartka po kartce „Robinsona", a zacny pedagog cierpliwie przed każdą lekcją kontrolował to. Na wszystkie okresy w pierwszej klasie miałem z polskiego ocenę dostateczną, ale dopiero ta na koniec roku, nie była już oceną otrzymaną zaliczkowo. Przepisywanie jest rzeczywiście znakomitym sposobem na poprawienie umiejętności językowych, zwłaszcza w połączeniu z głośnym czytaniem przepisywanego tekstu.

            Z innymi przedmiotami na początku nie było kłopotów: miałem oceny bardzo dobre, lub dobre. Potem bywało różnie, wskutek wagarowania z kolegami niezbyt pilnymi. Niestety, mgr Rosenthal odszedł do pracy w bibliotece uniwersyteckiej. W III b języka polskiego uczył nas mgr Tadeusz Hanus. Dopiero w 1947 przyjechał do Krzyżaków, czyli do nas. Wpajał nam, że prawdziwa polska kultura pochodzi ze wschodu, a my, tutejsi, nie jesteśmy w stanie pojąć piękna literatury polskiej; jest dla naszych łbów, zachwaszczonych prusackim słownictwem i mentalnością, nie do ogarnięcia. Podczas kolejnej takiej tyrady, nie wytrzymałem. Skupiłem się i dygocząc wewnętrznie ze strachu, w poczuciu konieczności obrony między innymi honoru moich najbliższych, poprosiłem o głos. Udzielił. A ja niespodziewanie dla niego, dla klasy, ale też dla siebie, powiedziałem: Panie profesorze, niech się pan dla nas nie poświęca i wraca do swojego Lwowa. Myśmy tu pana nie prosili. Nie ulegliśmy przez wiele lat germanizacji, nasi ojcowie brali udział w strajku szkolnym, wywalczyli dla nas Polskę w Powstaniu Wielkopolskim, więc damy sobie także teraz radę bez pana. Proszę nam nie ubliżać od Krzyżaków.

            W klasie było cicho, jak makiem zasiał. Hanus też był osłupiały. Nakazał mi siadać, ogłosił koniec lekcji i milcząco wyszedł z klasy. Dopiero wtedy do mnie dotarło, co ja zrobiłem. Byłem pełen obaw. Po tej lekcji nikt nie pchał się na przerwę. Koledzy poklepywali mnie, bez słowa, po plecach. Nie wiedziałem, co się stanie, lecz wiedziałem, że klasę mam za sobą. Od tej pory, aż do matury wybierali mnie rok rocznie na wójta. Kilku kolegów w klasie nie było z Pomorza. Ale solidaryzowali się z nami, gdy obrażano nas. Prof. Hanus przyszedł do klasy następnego dnia, jakby nic nie wydarzyło się.

            Nie zgłosił tego incydentu dyrektorowi, a my też nie. Nie powiedziałem nawet o nim rodzicom. Zresztą mało interesowali się moją szkołą. Sam chciałem uczyć się, więc to moja sprawa. I chyba to słuszna metoda. Nie chodzili nawet na wywiadówki. Ojciec podpisywał mi w dzienniczku usprawiedliwienia, że wie o wywiadówce, ale nie może przyjść. Podpisywał też w ciemno usprawiedliwienia mojej nieobecności w szkole, gdy wagarowałem, penetrując z Leszkiem tajniki piwnic ruin Zamku Dybowskiego (mój przyjaciel miał nadzieję, że odkopiemy tam jakąś czaszkę, której bardzo pragnął).

            Nie zrozumienie i niechęć do ludzi Pomorza ze strony niektórych przybyszów ze wschodu, miało długą historię. Wiele lat po maturze, z książki „Krótka historia gimnazjum toruńskiego. 1568-1968” (Toruń 1968) dowiedziałem się, że w 1924 r. odbył się nawet wytoczony przez Komitet Rodzicielski uczniów gimnazjum im. Kopernika proces przeciwko części pracownikom szkoły, nagłośniony zresztą w „Słowie Pomorskim". Zarzucano w nim nauczycielom pochodzącym zwłaszcza z tzw. Galicji niechętne i złośliwe traktowanie dzieci pomorskich, tendencyjne obniżanie im not; nazywanie ich „wołami" lub „śledziami pomorskimi", „piernikarskimi głowami", /.../ wyniosłe i obraźliwe traktowanie uczniów i rodziców [s.124]. Prof. Hanus traktował mnie, jak mgłę. Na pierwszy okres, po owym incydencie, postawił mi pierwszy w moim szkolnym życiu stopień niedostateczny, manifestując, że nie przejął się moim protestem. Potem, aż do matury, miałem ciągle oceny dostateczne, mimo, że byłem obkuty i w opinii kolegów ciągle uchodziłem za najlepszego polonistę. Dopiero na maturze, gdy w obecności komisji nie dało się ukryć dobrego poziomu mojej pracy pisemnej i ustnych odpowiedzi, otrzymałem z języka polskiego ocenę dobrą.

            Maturę  zdałem z bardzo dobrymi i dobrymi wynikami! Zdobyłem ją jako pierwszy w całej rodzinie ojca i matki! Myślałem, że chwyciłem Pana Boga za nogi. W tym czasie najwyżej piątka kolegów ze Stawek osiągnęła to. Sześć lat nauki w szkole i dotarcia do niej (4 km codziennie rowerem, a często pieszo), nie były łatwe.

 

W altanie na Stawkach  z rozklekotaną harmoszką.              Na rowerze, w mundurze po bracie, który nosiłem dumnie.

 

            Opiliśmy maturę (tylko w męskim gronie!) jakimś wińskiem w Małpim Gaju [na Kępie Bazarowej – przyp.OK]. Wróciłem do domu później, niż zwykle. Matka przywitała mnie (zawsze czekała z kolacją) z wyrzutem: - Ty psia duszo, gdzieś ty tak długo był? Usprawiedliwiałem się, że dzisiaj zdałem maturę. - No to co. Zjedz szybko kolację i idź spać!

            Miała rację. Trzeba było nabrać sił przed następną górką. Uniwersytecką. Wkrótce opuściłem Stawki. Po studiach byłem starszym asystentem na polonistyce u prof. Konrada Górskiego. Potem, ze względu na wyższe zarobki, zostałem publicystą „Gazety Pomorskiej”, a dziesięć lat przed emeryturą, jej redaktorem naczelnym. Byłem też w l. 1975-1981 redaktorem naczelnym „Nowości”. Pozostałem do dziś wierny Toruniowi.

 

 

            Zefiryn Jędrzyński, ur. 10 X 1930 r. w Grudziądzu, jako piąte dziecko Jana i Marianny z domu Rybak. Ojciec był robotnikiem, kolejarzem niższej rangi, następnie kierowcą zawodowym, matka nie pracowała zawodowo. Pierwszą klasę szkoły powszechnej ukończył w Grudziądzu. W 1938 r. zamieszkał z rodziną w Toruniu, na Stawkach. Po wyzwoleniu, od 1 III 1945 pracował jako goniec na stacji Toruń Główny, następnie zdał egzamin wstępny i od  września 1945 podjął naukę w I Państw. Gimnazjum i Liceum im. M. Kopernika w Toruniu, gdzie w 1951 r. zdał maturę. Następnie podjął studia polonistyczne na UMK w Toruniu. Po ich ukończeniu, od IX 1956 do 31 I 1960 był na UMK asystentem i st. asystentem w Zakładzie Historii Literatury Polskiej XIX w., kierowanym przez prof. Andrzeja Bukowskiego, a od 1 I 1957 przez przywróconego do zajęć dydaktycznych, profesora Konrada Górskiego.    Od XI 1959 r. podjął pracę jako etatowy publicysta w „Gazecie Pomorskiej". Pełnił w niej od 1966 do 1975 r. funkcję zastępcy redaktora naczelnego. Od 16 IX 1975 r. został naczelnym redaktorem „Nowości" w Toruniu, a od 1 IV 1980 r. został redaktorem naczelnym „Gazety Pomorskiej", skąd 11 X 1990 przeszedł na emeryturę. Interesuje się głownie sprawami kultury, literatury oraz historii prasy i tradycji regionu pomorsko-kujawskiego. Był m.in. współtwórcą i wieloletnim wiceprzewodniczącym Toruńskiego Towarzystwa Kultury, organizatorem i redaktorem naczelnym „Toruńskiego Informatora Kulturalnego" (1977-1981). Jest członkiem Towarzystwa Miłośników Torunia i Towarzystwa Bibliofilów im. J.Lelewela w Toruniu. W l.1976-1980 był przewodniczącym Komisji Kultury i członkiem egzekutywy KW PZPR w Toruniu. W małżeństwie zawartym w 1957 r. z Zofią Gacą, ma córki: Sławę Katarzynę oraz Jagnę Aleksandrę.

 

Więcej o autorze tutaj http://www.icimss.edu.pl/tkt/index.php?link=_artysta&id=530